Przemyślenia Slow life Z szafy

Ten cały minimalizm

17 stycznia 2016

Odkąd pamiętam, zawsze byłam osobą która wolała mieć mniej niż więcej. Może nie tyle wolała, ile nie potrzebowała mieć.

Nigdy nie chodziłam co chwilę na zakupy do galerii handlowych i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek sprawiało mi to przyjemność. Nie wyposażałam mieszkania rzeczami innymi niż niezbędne. Nie nosiłam ani nie noszę biżuterii, oprócz jednego ulubionego łańcuszka i jednego ulubionego zegarka.

Do pewnego momentu czułam się z tym źle – bo czas chodzę w tym samym, i jak to na zewnątrz wygląda. Myślałam, że może faktycznie mam w domu za mało rzeczy – przydałyby się tutaj jakieś obrazy, wtedy na pewno byłoby bardziej przytulnie. I jak to mogę nie mieć żadnej biżuterii? Ale żadnej? I w sumie nawet nie lubić jej kupować…? Co ze mnie za kobieta?

A potem uświadomiłam sobie, że naprawdę nie potrzebuję kupować sobie kolejnego swetra „bo takiego jeszcze nie mam” . Nie muszę mieć pomalowanych paznokci, lubię mieć je tylko pociągnięte odżywką. Nie przeszkadza mi to, że na wakacje jadę trzeci raz pod rząd mając w bagażu to samo bikini i trzy ulubione sukienki. Nie potrzebuję mieć w domu dziesiątek figurek, ramek na zdjęcie, wazonów i doniczek. Lubię swoje pustawe mieszkanie, bez obrazów na ścianach, z pięcioma garnkami na krzyż. Bo tyle mi wystarcza.

12510850_511004695735905_160345352_o

Prawie cała zawartość mojej letniej szafy.

I to nie jest tak, że zupełnie się wszystkiego wyzbywam, nie. Pojadę parę razy w roku do Ikei, i sprawi mi przyjemność wybieranie nowej pościeli czy zestawu kubków, bo stary się wyszczerbił lub potłukł. Pójdę na zakupy po to, żeby spokojnie pooglądać rzeczy bez tłumu rzucających się na nie ludzi. Będę wzdychać do biżuterii, którą oglądam w różnych katalogach. Wiem natomiast, że gdybym ją sobie kupiła, i tak prawdopodobnie leżałaby zakurzona. A to, co najbardziej doprowadza mnie do szału, to wyprzedaże właśnie.

Teraz, w dobie wszechobecnego minimalizmu, w końcu poczułam się dobrze z tym, kim jestem. Zrozumiałam, że może nie być dziwne po prostu nie chcieć mieć. Zaczęłam jeszcze bardziej świadomie podchodzić do kategorii materialnych, chociaż do mianowania siebie minimalistką jest mi daleko.

12545846_511003962402645_1845776236_o

12546254_511003959069312_67718266_o

Mimo wszystko, wciąż mam w kosmetyczce czy w szafie dużo za dużo rzeczy, które przypominają jednak o okresach zakupowych szaleństw (kosmetyki) czy impulsywnych zakupów (ubrania). I postanawiam się ich pozbyć lub je wykorzystać. Na pierwszy ogień – kosmetyki.

Kto jest ciekawy, zapraszam na kolejny wpis :)

 

You Might Also Like

3 komentarze

  • Reply Marti 17 stycznia 2016 at 12:18

    Wieeeele razy próbowałam „zostać minimalistką” – imponują mi takie osoby. Jednak minimalizm chyba nie jest dla każdego, a przynajmniej nie dla mnie! Lubie mieć w domu dodatki, na każda pore roku inne, na kazde świeta! To sprawia, ze dom jest bardziej „moj” :-) Co do szafy, lubię wygladac zawsze inaczej, czasem kolorowo. Chociaz ostatnio pokochalam szarosc i biel – to juz cos z minimalizu;-) świetny wpis! :-)

    • Reply Monika 6 maja 2016 at 14:14

      Tak, niestety (a może właśnie „stety”?) minimalizm zrobił się ostatnio baardzo modny. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo zachęca do większej świadomości w strefie materialnej, a z drugiej – szkoda, że może być to tylko kolejny trend.

    Leave a Reply